KOLĘDA

Rano biorąc z kościoła poświęconą wodę, natknąłem się na taflę (poświęconego) lodu. W naszym parafialnym kościele temperatura spadła nieco poniżej zera. I jak okazuje się, poświęcona woda, nie zmieniła właściwości fizykochemicznych, i zwyczajnie zamarzła. Trwa czas wizyty duszpasterskiej. Teoretycznie, w bieżącym roku nasz biskup nie zachęcał zbyt mocno do odwiedzania wiernych (choć parę jego zdjęć z kolędy w katedrze pojawiło się w publicznej przestrzeni), ale zostawił otwartą furtkę dla takich odwiedzin. W wypadku mojej mikroparafii, gdzie co niedzielę spotykam się z niemal wszystkimi swoimi parafianami i znajduje chwilę, by zamienić z nimi choćby kilka słów albo siąść przy wspólnej agapie po mszy świętej (jak choćby ostatnio przy okazji urodzin p. Musi), byłoby czymś absurdalnym odmówić noworocznego błogosławieństwa chaty i spotkania w domu. Więc poszedłem w szalonym tempie, odwiedzając średnio jeden dom dziennie. Szczególnie się cieszę ze spotkań z mężami naszych parafianek, których rzadziej widuję. Osobiście ograniczam się do modlitwy błogosławieństwa, rezygnując ze Wschodniej tradycji “posiewania”. Kilka grup kolędników nawiedziło moją kościelną chatę i posiało mi na posadzce owies (i może pszenicę) dla szczęścia w nowym roku. Żeby latem nie wprowadzać do środka kombajnów na żniwa, szybko zmiotłem rozsypane w dobrej wierze zboże z kruchty kościoła.

W ostatnim czasie p. Rusłan podarował namalowany swoimi rękami (przy dziesięciu dioptriach na oczach) obraz naszego kościoła. Wygląda jak stodoła, ale faktycznie w 2010 roku przed rozpoczęciem remontów bardziej przypominał rujnującą się pozostałość kołchozu niż katolicki kościół. Przy pomocy “maślanych” farb oddał sielankowo-wiejski charakter naszej parafii (i nota bene wspólnoty). Obiecał jeszcze jedno dzieło. Będziemy czekać.