Ziemia

Kilka dni temu udało się zakończyć proces prawny, którego skutkiem jest przekazanie wspólnocie parafialnej na wieczyste użytkowanie działki o powierzchni 21,01 ara, na której znajduje się nasz kościół. To dobra informacja, bo porządkuje naszą sytuację prawną na kolejne 49 lat. Było to możliwe dzięki życzliwości władz samorządowych Prawdyne, które poparły nasze starania. Właśnie ta działka została w ubiegłym roku ogrodzona. Mamy nadzieję, że mimo obecnego kryzysu, uda się nam w tym roku postawić jeszcze dwie bramy z furtkami, by “zamknąć” przykościelny teren. Aktualnie na tymże obszarze prowadzimy prace ziemne, porządkowane, nasadzenia i inne związane z tzw. “małą architekturą krajobrazu”.

Susza. Budujemy system nawodnienia…

Tegoroczna susza jest dotkliwsza niż zwykle. Całe południe Ukrainy boryka się z niedoborem wody po ciepłej, bezśnieżnej zimie i wskutek długotrwałego braku opadów… Co prawda w ostatnich dniach spadło trochę deszczu, ale jest to przysłowiowa kropla w morzu potrzeb. Miejscowi rolnicy mówią o niespotykanej klęsce i tym, że czeka nas głód…

Jesienią ubiegłego roku dokonaliśmy pierwszych nasadzeń na naszej działce. Wszystkie róże podarowane przez Tolika przyjęły się, Pani Luba nieustannie sadzi nowe kwiaty, które stopniowo rozkwitają. To wszystko domaga się wody, a noszenie jej wiadrami staje się co raz bardziej uciążliwe dla nas. Stąd decyzja o zbudowaniu systemu nawadniania, tak, aby woda była dostępna na całej przykościelnej działce. Położyliśmy dwieście metrów rur, postawiliśmy w sumie czternaście kranów do których można będzie przyłączyć wedle potrzeby szlangi. W sumie trzy tygodnie rycia w ziemi.

Co dalej? Myślę, że jesienią posadzimy kolejnych kilkadziesiąt iglaków, jeszcze trochę róż… Potem alejki, trochę żwirowych, od frontu kościoła wyłożone płytką. A póki co trzeba będzie w końcu zająć się wstawieniem bram i furtek w istniejące od ubiegłego roku ogrodzenie.

Nasi chorzy

Na początku każdego miesiąca w naszej parafii są tradycyjne odwiedziny chorych. W maju wraz z s. Anią udaliśmy się do naszych bolnych w pierwsza sobotę miesiąca. Tym razem poszliśmy pieszo przez wieś (samochód jest jeszcze w naprawie, co przeciąga się nieco), zachowując przewidziane prawem środki ostrożności z racji trwającego stanu epidemiologicznego…

Wędrówka zaczęła się od Leny, której Komunię Święta przynoszę zwykle w każdy piątek. Opiekuje się nią mama, nasza najstarsza aktywna parafianka, p. Hala. Lena od urodzenia jest na wózku w pozycji na wpół leżącej – tu mówią na kolasce. Nie jest w stanie przesiąść się już na tradycyjny wózek inwalidzki wskutek czego zięć p. Hali regularnie remontuje konstrukcję z lat trzydziestych ubiegłego stulecia produkcji niemieckiej, popularną po II wojnie światowej na sowieckiej Ukrainie… Lena, bardzo samotna, zawsze czeka na kogoś, kto przyszedłby do niej choć na chwilkę. Ponad osiemdziesięcioletnia mama “w trosce o bezpieczeństwo” bowiem nie pozwala jej wychodzić z domu. Niestety!

Kolejne odwiedziny u p. Mirosławy, dość obrotnej emerytki; przyjmuje nas od kilku miesięcy – w międzyczasie mimo strachu przyznała się dzieciom z Odessy, że powróciła do korzeni katolickich… Choć to powracanie po wielu latach duchowej pustki nie jest łatwe… U niej zwykle po modlitwie czeka ciasteczko i sok winogronowy własnej roboty…

Pani Janina, pierwszego maja skończyła 89 lat, w zasadzie głucha, przyjmuje kapłana z otwartymi ramionami. Mądra, doświadczona życiem kobieta! Nawet dziś, pamiętając głód na Ukrainie, pomaga potrzebującym sąsiadom, dzieląc się tym, co ma (jak opowiada – dzieci sąsiadów przychodzą i wołają, by babuszka dała jeść i stawia na stole, co akurat jest… jej syn Tolik krzyczy na nią, żeby teraz nikogo nie wpuszczała do domu, bo epidemia… A ona i tak robi swoje!).

Następny był p. Jan, były komunista, który do kościoła na nabożeństwo nie przyjdzie, ale w domu, mimo wieku staje na kolanach na modlitwę. Zawsze nieco ogarnia swoją chatę, kiedy zapowiadamy, że będziemy. Jego żona była katoliczką – jak dawniej przychodził ksiądz, to on wychodził. Po jej śmierci, poprosił, aby dalej go odwiedzać.

Pani Biała… mocno pracą przygarbiona staruszka, dziękująca Bogu za to, co ma i prosząca o siły, by jeszcze móc młodszym pomóc na ogrodzie…. Prosta pobożność, jakiej dziś mało…

Pani Boniszewska… troszkę słabsza ostatnio, niedawno stwierdziła, że teraz nie ma co umierać, bo jest wirus… i nikt nie przyjedzie pochować. Cieszy się, że jej prawnuczkę niedawno ochrzczono w naszej katedrze odeskiej… Kilkanaście lat temu sama przyjęła chrzest…

I na końcu pan Wiktor – który jak może, to stara się ostatkiem sił dotrzeć do kościoła… Schorowany, uzależniony od leków, niegdysiejszy baptysta… Zawsze wszczyna religijne dysputy i trzyma się wszystkimi siłami życia, nie chcąc zaakceptować, że Pan go powoli wzywa….

Chyba pierwszy raz pieszo przeszedłem całe swoje Prawdyne…..