Ingres w Odessie i wiatr w Prawdino

W Odessie powiał Duch Święty. W ostatni wtorek bp Stanisław Szyrokorardiuk objął w posiadanie miejscowa katedrę. Symbolicznie zostało to wyrażone poprzez znak przekazania pastorału – ustępujący bp Bronisław Biernacki przed ołtarzem przekazał ów symbol władzy ordynariusza nowemu Pasterzowi. Tenże w swojej homilii zachęcił do wspólnej, spokojnej pracy na rzecz Diecezji. Podkreślił, że nie powinno być strachu wobec jego osoby, a jedynie bojaźń Boża i strach przed obrażaniem Boga swoimi grzechami. Na koniec liturgii wielu spośród zaproszonych gości wyraziło podziękowanie i uznanie za pracę ustępującemu biskupowi, a także złożyło życzenia wytrwałości biskupowi Stanisławowi.

Tymczasem w Prawdyne powiał inny wiatr. Jego skutkiem były połamane przydrożne drzewa, obalone płoty, pozrywane dachy, czy nawet domy na wpół zrujnowane… Także i nasz kościół ucierpiał. Uszkodzony został kawałek dachu od strony frontu kościoła – wiatr zerwał dwa sporej wielkości kawałki blachy i zwalił kilka kamieni ze zwieńczenia fasady budynku na ziemię. Porwał także tablicę na której była informacja o tytule kościoła. Nieco bardziej ucierpiała miejscowa cerkwia, która straciła połowę dachu. Również niektórzy z naszych parafian zostali dotknięci skutkami wichury – częściowo zerwane dachy pomieszczeń gospodarczych czy letnich kuchni…

I rozpoczął się Wielki Post.

Więcej na temat ingresu można znaleźć na stronie, skąd również pochodzi zamieszczone zdjęcie: https://credo.pro/2020/02/257086

Przedpoście

Czas bezpośrednio poprzedzający Wielki Post w Prawdyne domaga się niewielkiego komentarza. Oczywiście przedpościa jako okresu liturgicznego z Niedzielami Siedemdziesiątnicy, Sześćdziesiątnicy i Pięćdziesiątnicy, okresu już pełnego “fioletu”, w którym milknie śpiew Gloria i Alleluja, w myśl starej liturgii, nie przeżywamy. Nie mniej w tymże teoretycznie przypadającym czasie odnotować chcę:

– Obchody Dnia Chorych. Miały one dwie fazy – odwiedziny w domach – sześciu chorych przyjęło sakrament namaszczenia chorych oraz w kościele, w czasie liturgii kolejna szóstka stanęła, prosząc o znak łaski uzdrawiającego Chrystusa. Przy okazji po raz kolejny przypomniałem o mówieniu, że obowiązkiem rodziny jest powiadomienie kapłana o chorym, który znajduje się pod ich opieką. Niestety świadomość wiatyku, ostatniego namaszczenia, w lokalnej, przeważająco prawosławnej społeczności w ogóle nie istnieje.

– Wyjazd z naszymi podlotkami (młodsza młodzieżą) do Chersonia. W niedzielę, po liturgii zapakowaliśmy się do samochodu i obraliśmy kurs “fabryka”. Oczywiście mowa tu o współczesnej “galerii” z multipleksem, tłumem ludzi… Dla dzieci to rozrywka, dla księdza – pokuta. Ale film był niezły… Dr … nie pamiętam, troszczył się o chore zwierzęta, nawet smoka wyleczył z kolki… Potem jeszcze tradycyjne włoskie danie ubogich – pizza. I oczywiście trochę modlitwy w drodze. Dobry czas odpoczynku dla nas!

– W sobotę mamy jeszcze zakończyć karnawał wspólnotowym spotkaniem w parafii przy filmie…

– A we wtorek, w ostatnią chwilę przed posypaniem głów popiołem, będziemy dziękować biskupowi Bronisławowi za jego posługę w naszej Diecezji i weźmiemy udział w ingresie do odeskiej katedry bpa Stanisława. I to będzie już faktycznie ostatni akord tegorocznego przedpościa…

Gawęda historyczna O Prawdyne I

Trochę inny świat – tak zacząłbym opowieść o ukraińskim sele Prawdyne albo jak dawniej mówiono: o Carew-darze.  Przyjechałem tu po raz pierwszy pięć lat temu. Wówczas stawiałem swoje pierwsze kroki w kapłaństwie jako neoprezbiter – pełen jeszcze entuzjazmu, młodzieńczej odwagi, jakiejś swoistej dojrzałości, płynącej z przedłużonej zakonno-seminaryjnej formacji. Nie pamiętam za wiele z tej pierwszej wyprawy do – jak to mawialiśmy – chersońskiej dojazdówki. Na pewno wówczas nie myślałem, że to miejsce tak mocno naznaczy moje jestestwo.

Co tu wyjątkowego? Daleko mi tu do zachwytu nad akermańskimi stepami mickiewiczowskimi pieśniami osławionymi… Po prosto jest zwyczajne pole z warstwą urodzajnego czarnoziemu z obecnym wszędobylskim wiatrem – najgorszy będzie polak, wiejący z zachodu, w pośrodku zaś niego wieś, która czasy świetności ma już dawno poza sobą. Kościół, położony nieco powyżej innych zabudowań – świadek historii, wyróżnia się w monotonnym krajobrazie. Jego początki spowite są legendą przenicowaną historycznymi danymi. Na pewno jego budowniczymi byli Polacy, którzy po powstańczej, listopadowej zawierusze stali się pierwszymi osadnikami ziem ówcześnie kolonizowanej Guberni Chersońskiej.

Zatem spróbujmy powrócić do owych początków. Zachowały się nazwiska dwunastu pierwszych rodzin, jakie zasiedlały tą – jak mawiał jeden z zaprzyjaźnionych kapłanów – nieludzką ziemię. Były to m.in. rodziny: Bileckich, Dżyżewskich, Grodnowskich, Jaworskich, Kornyckich, Mokreckich, czy Sosunowicz. Początkowo nazywano ich kazennymi seljanami-odnodworcami. Później mówiono o nich, że to biełopolacy. Można przypuszczać, że za ów podarunek ziemi, owa drobna szlachta, wyrugowana ze swojej ojcowizny, wcale nie była wdzięczna. Dla nich batiuszka car Mikołaj I, podpisujący 19 października 1831 r. słynny ukaz О разборе шляхты в Западных губерниях и об устройстве сего рода людей, nie był dobrodziejem, ale zbrodniarzem.  Poza tym, jak okazuje się od samego początku, nastąpił podział pomiędzy przybyłymi – szybko stało się jasnym, że jedni mieli pracować na drugich. Nie ulega jednak wątpliwości, że dość szybko Polacy zdecydowali o budowie we wsi kościoła. Skąd ta idea? Można się tylko domyślać. W tym czasie w nieodległym Chersoniu jezuici fundowali pierwszą świątynię. W pewnym momencie nawet formalnie została utworzona Diecezja Chersońska (1848-1852), ale po skutecznym proteście ze strony biskupów prawosławnych szybko przeniesiono stolicę nowopowstałej diecezji do Tyraspolu. O tyle to ważne, że mieszkańcy Carew-daru byli formalnie parafianami chersońskiego kościoła. Pewnie przesadą byłoby utrzymywanie, że kościół powstał od razu po 1846 roku, jaki jest uznawany za początki Prawdyne. Nie mniej można zgodzić się, że być może w latach sześćdziesiątych była już tu obecna jakaś świątynia. Niestety brakuje źródeł, które pozwoliłyby precyzyjnie określić właściwy rok fundacji. W zgodzie z zachowanymi dokumentami, jakim są choćby schematyzmy Diecezji Tyraspolskiej, na pewno w 1914 roku w Prawdyne był murowany kościół. Mało tego w dokumencie z 1912 roku widnie informacja, że we wsi istniała tylko kaplica. Czy na podstawie tego zapisu można wyciągnąć wniosek, że nastąpiła rozbudowa kaplicy do kościoła? Trudno odpowiedzieć. Wspomnienia miejscowych, niestety mało konkretne, każą raczej przesunąć tą granicę w dół. Są to opowieści, w których nie padają jednak konkretne daty, a raczej wspomina się fakty dotyczące procesu budowy chramu. Mówi się, że kamień, z którego została wzniesiona świątynia, był spławiany Morzem Czarnym z Odessy do Stanisława, a następnie konno na wozach przewożony dwadzieścia parę kilometrów przez step na miejsce budowy. Ponadto przypomina się, że zaprawę, którą łączono ociosane bloki, wykonywano z żółtek jaj. Nie ma w tych wspomnieniach mowy o powstawaniu najpierw kaplicy. Dla miejscowych, tu, od początku był kościół. Z kolei ruiny „kaplicy” po dziś dzień znajdują się na miejscowym cmentarzu. Dziewiętnastowieczna mapa, znajdująca się w miejscowym archiwum, pokazuje plan ówczesnego Carew-daru, koncentrycznie rozciągającego się wokół centrum, w którym należałoby lokować obecny kościół. Z kolei w dokumentach z 1945 r. Wydziału Architektury Chersońskiej Oblaści zanotowano informację: У селі Цареводарі є будівля (костел). Стиль – готика. Будівля кам’яна. Різнокольорове скло на вікнах. Рік будівлі невідомий. Tyle wiadomo o początkach kościoła. Relacje najstarszych mieszkańców, choćby spośród nich dziada Jana dopowiadają tylko ogólne szczegóły dotyczące wystroju świątyni. Oprócz kolorowych witraży były jeszcze figury archaniołów, znajdujące się w niszach na froncie kościoła oraz dzwon, który poruszany był przymocowaną do jego serca liną, ciąganą przez dzwonnika z chóru kościoła. Nic więcej. Może jeden jeszcze fakt – kościół wówczas nosił wezwanie Bożego Ciała.

Aby uzmysłowić sobie trud pierwszych mieszkańców Carew-daru warto spojrzeć na nieco szerszy kontekst historyczny. W Carskim Rosyjskim Imperium czasy przychylności wobec katolików, związane z epoką skądinąd nielubianej przez Polaków Katarzyny II, przeminęły. W ówczesnej rzeczywistości przecież ruski rząd nie uznał decyzji Stolicy Apostolskiej co do utworzenia na tym obszarze nowej katolickiej diecezji, a w końcu zmusił do przesunięcia jej stolicy na peryferia do Tyraspolu nad Dniestrem (dekretem Memor sollicitudinis z 26 sierpnia 1852 r.). Nadto wybuchła wojna krymska, w czasie której Polacy z Besarabii wystąpili przeciwko władzy carskiej. Pierwszy zaś biskup nowoutworzonej Diecezji Ferdinand Kahn został zmuszony do rezydowania w odległym Petersburgu, w zasadzie odseparowany od swoich owiec. Zatem był to czas zamieszania i może dlatego nikt za bardzo nie przejmował się nowopowstającą katolicką świątynią w Carewodarze.

Wieś dość szybko się rozwijała – w 1858 roku liczyła już około sześciuset mieszkańców, w większości katolików. Przed 1880 rokiem powstała staraniem prawosławnych sielan cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Zapiski ówczesnych ksiąg metrycznych wskazują na znaczący udział wschodnich chrześcijan w ogólnej liczbie mieszkańców. Tutejsi ludzie opowiadają, że była to jedna z największych budowli w okolicy, której sława sięgała aż Odessy, skąd nawet na odpust ciągnęły wielkie rzesze pielgrzymów. W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej – do dziś bowiem w centrum wsi znajduje się obelisk upamiętniający jej bohaterów – owa monumentalna, prawosławna świątynia została zrównana z ziemią. Cerkwi z takim rozmachem nigdy już nie odbudowano. Jeden z mieszkańców komentując ów fakt, stwierdził, że skoro kościół (choć naruszony upływem czasu i profanacją komunistów) jednak przetrwał, oznacza to, że katolicka wiara jest prawdziwa. Mówił to jako prawowierny chrześcijanin, czyli prawosławny. Wartość tego typu stwierdzeń porównywalna jest do klasycznego przekonania, że prawdziwe są te Święta Bożego Narodzenia, w czasie których jest więcej śniegu! Tak na marginesie dla miejscowych katolik nie jest chrześcijaninem. Skąpe źródła historyczne zdają się potwierdzać ponadlokalne znaczenie miejscowej cerkwi. Nic nie wiadomo o relacjach panujących pomiędzy katolikami a prawosławnymi z tamtego okresu. Ich świątynie były ulokowane malże koło siebie, dzieliło je raptem dwieście metrów. Przypuszczam, że jednak w przedekumenicznej dobie relacje owe nie były łatwe, a przepaść między wyznawcami Jezusa Chrystusa większa niż fizyczna odległość pomiędzy kościołem a cerkwią.

Dziewiętnaste stulecie kończy spis ludności, z którego wynika, że w Carew-darze było prawie tysiąc mieszkańców, poczta, jednoklasowa szkoła, cztery sklepy i jakiś skład narzędzi rolniczych. Mniej więcej ten obraz pokrywa się z rzeczywistością, do której równa współczesne Prawdyne, podupadając znacznie. Czasy się zmieniają. W oficjalnej historii Prawdyne, pisanej w duchu radzieckim, wiszącej po dziś dzień w korytarzy budynku Sielskiej Rady, znajdujemy informację, że wielu z potomków katolików przechodzi w tym czasie na prawosławie i zaczyna uważać siebie za Ukraińców. Rewolucja październikowa w Rosji rozpoczyna nowy ład. Idealnie skonstruowany świat klasy robotniczej okazał się bardzo trudnym czasem dla miejscowych Polaków-katolików.

c.d.n.


dzień życia konsekrowanego

Święto Ofiarowania Pańskiego – jak wiemy – w kościele jest dniem wdzięczności za obecność osób konsekrowanych. Także nasza parafia w Prawdyne od wielu lat jest związana z posługą “sióstr” ze Świeckiego Instytutu Życia Konsekrowanego Maryi Służebnicy Pańskiej.

Rozkodowanie tej skomplikowanej nazwy pozwoli zrozumieć charyzmat naszych “sióstr”. Po pierwsze są to osoby świeckie – znaczy żyją we świecie, choć niekoniecznie duchem świata; równocześnie są konsekrowane – oddane na wyłączność Panu Bogu – poprzez przyrzeczenia (śluby) czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. I generalnie chcą pozostawać zawsze na drugim planie – tak jak Maryja Służebnica Pańska. W zwyczajnych warunkach nikt o nich nie wie, że są siostrami – to samotne panie, pracujące często jako nauczycielki, pielęgniarki, księgowe… Doraźnie podtrzymują życie wspólnotowe, zwłaszcza w czasie razem przeżywanych rekolekcji.

W Prawdyne było od początku inaczej. Na prośbę bpa Bronisława pierwsze tu z posługujących kobiet uszyły sukienki-habity… Miały być znakiem. Przyjeżdżały z Chersonia dwa razy w miesiącu. Czas płynął, ich posługa ewoluowała – dziś są tu obecne znacznie częściej, noszą zwyczajne, świeckie stroje. To nieoceniona pomoc dla parafii. Dziś wszyscy wiedzą, że to siostry, choć niekiedy jeszcze ktoś chce je swatać z jakimiś kawalerami. Odwiedzają chorych, czasem prowadzą katechezę dla dzieci, służą pomocą przy dekorowaniu kościoła…

Drugiego lutego na mszy świętej była obecna jedna z nich – na codzień urzędniczka państwowa z Chersonia – parafianie podziękowali za jej obecność; modlitwą zaś zostały ogarnięte wszystkie dotąd tu pracujące ukryte, zdekonspirowane w miejscowych warunkach “siostry”.

Poza tym – liturgia jak przystało na Święto, procesja z gromnicami i …. sami wiecie.