W poszukiwaniu Ducha… o parafii w Jużnoukraińsku

Zatem dziś parę słów o parafii, w której przyszło mi spędzać letnie miesiące Roku Pańskiego 2018.

  1. Statystyka: w niedzielę przychodzi na mszę świętą w spiekocie lata ok. 20 osób… [I to dla mnie jest zawsze realną siłą wspólnoty… nie ilość zapisanych, zmobilizowanych na odpust, czy po prawosławnej tradycji, pojawiających się pod koniec Liturgii Wigilii Paschalnej, aby pobłogosławiono przyniesione pokarmy]; w dni powszednie bywa jedna, dwie osoby… Chyba najgorliwsza jest p. Janina; w parafii ujawnił się za mojego pobytu jeden aktywny ministrant (Andrij)… jest kawałek Róży Różańcowej, która w planach Proboszcza ma przejmować charyzmat Legionu Maryi… Póki co ciężko im to uczynić… Ale łaska czyni cuda! Pojawi się nieznaczny kult św. Antoniego… we wtorki przychodzi 3-5 osób, aby w czasie nabożeństwa przez jego wstawiennictwo polecać Bogu swoje prośby..
  2. Katolicy są tu od dawna, ale dopiero z przyjazdem ks. Karola coś zaczęło się dziać – i faktycznie ów ruch przyczynia się do powstawania  “małego Rzymu”… kościółka parafialnego przy którym na półokręgu postawiono szereg kolumn przypominających obraz z Placu św. Piotra… Kościół (na kilkadziesiąt osób) jest w stanie surowym… i powoli prace budowlane posuwają się naprzód… Niemniej jeszcze długa droga… Choć to i tak łatwiejsze zadanie niż budowanie wspólnoty, Ducha, co w miejscowych warunkach może być jeszcze trudniejszym zadaniem…
  3. Ponoć jest tu Polonia… choć dla mnie zawsze istnieje pytanie, na ile Polonia z południowo-wschodniej Ukrainy jest jeszcze Polonią i identyfikuje się z kulturą, tradycjami… Tu Polska nie sięgała, choć można odnaleźć ludzi o polskich korzeniach… wywiezionych tu za carskiej Rosji… Poza wakacjami jest nauczany przy parafii j. polski i nawet odprawia się w niedzielę mszę po polsku… Póki co spotkałem jedną osobę, która jest zdolna przeczytać “polski” tekst…
  4.  To tak naprawdę początki tej parafii… Są miejsca, gdzie wyczuwa się Ducha przy pierwszym przybyciu – choćby w Basztance, gdzie po raz pierwszy przed dwoma tygodniami sprawowałem Liturgię Mszy Świętej – a są takie, jak tu, gdzie trzeba uważniej szukać śladów jego działania…

Jużnoukraińsk

Pod koniec czerwca przekroczyłem po 9-miesięcznej przerwie w  Budomierzu  granicę polsko-ukraińską… Tradycyjnie odwiedziłem po drodze Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w Janowie Lwowskim (Iwano-Frankowe), dałem się wyciągnąć tamtejszemu kustoszowi na odpust ku czci św. Piotra i Pawła do Czerwonogradu…

i w końcu pojechałem na Wschód – zgodnie z wolą moich przełożonych do Jużnoukraińska… (po drodze jeszcze krótka wizyta w Bałcie u Sióstr Miłosierdzia Wincentego a Paulo, którym od dobrodziejów z Ozorkowa przekazałem wsparcie na realizację celów związanych ze świetlicą dla dzieci).

Tam zastępuję w czasie wakacji miejscowego Proboszcza, posługując w dwóch parafiach – św. Antoniego w Jużnoukraińsku i Wniebowzięcia w Wozniesieńsku, oddalonego jakieś 40 km.

Dziś kilka słów o mieście, w kolejnych odcinkach o rzeczywistości parafialnej… Zatem – młode miasto, którego sercem jest elektrownia atomowa… Trzy równoległe ulice, kilkunastopiętrowe wieżowce, sporo kawiarenek… między blokami piękna infrastruktura – tereny zielone, place zabaw, boiska sportowa, gdzieniegdzie pomniki sławiące bohaterów minionej i obecnej epoki – pięknie zaprojektowane miasteczko – w późnych latach komunizmu musiało to być El Dorado – dziś widać ślad rdzy w owych obiektach, technologia wielkiej płyty trochę straszy… na schodach w parkach z pokruszonego betonu zaczynają wyrastać dwumetrowe klony…

Ot i nowiutka cerkwia greko-katolicka i buduje się następna (chyba kijowska?) i powstaje kościół katolicki… i potężny starszy obiekt – moskiewskiego Patriarchatu dumnie króluje nad mniejszymi budowlami sakralnymi…

Co pozytywne – bardzo dużo młodych ludzi, dzieci i młodzieży – znak szansy na rozwój…

rzeka w malowniczych ustępach granitowych skał z parkiem krajobrazowym i miejskim kąpieliskiem przyciąga w upalne dni rzesze mieszkańców… nawet mangały czekają na miłośników kiełbasek z grilla… a amatorów dzikiej rzeki można spotkać koczujących wzdłuż jej nurtu, grzejących się przy ogniskach i wesoło śpiewających do późnych godzin nocnych… ale do miasta owo głosy nie dochodzą…

Ot nasze miasto… miejsce mojego wakacyjnego posługiwania…