Pustynia

Nawet tym razem nie mowa o duchowej pustyni, odejściu na samotnię, by tam móc usłyszeć głos Boga. Dziś bardzo przyziemnie. Pierwszego września skończyła się woda w systemie wodociągowym w Prawdyne. Prawdę mówiąc – tu zawsze jej było mało – dwie niewielkie basznie są włączane w sumie na trzy godziny w ciągu doby – ale dotąd znajdowałem się w szczęśliwej pozycji osoby, która odkręciwszy kran, cieszyła się dostępem do wody. Wstępna diagnoza nie potwierdziła jednak jakoby tej wody było mniej niż zwykle (choć panują upały i wielu spośród sielan polewa drugie nasadzenia młodych ziemniaków i kapusty ową pitną wodą – notabene czyniąc to niezakonnie), nie znaleziono przyczyny w działaniu hydroforu (choć na wszelki wypadek ją rozebrano i wymieniono jedną pryczatkę – nie wiem jak to na polski przełożyć!). Została jeszcze jedna teoria do zweryfikowania, że jakiś musor z centralnej, azbestowej truby popadł w przyłączenie do mnie i zablokował przepływ życiodajnej wody). I wyjątkowo mocno brzmiąca w tym tygodniu antyfona na komunię: “Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Boga”.

Zatem pustynia. Skutek – wszystkie miednice i inne naczynia stały się magazynem wody, a sposób obchodzenia się z wodą przybliżył mnie do życia sprzed kilkudziesięciu lat – miska, wiadro… W sumie można spojrzeć na to prawie ewangelicznie, a choćby w duchu Franciszkowego rozumienia kapłaństwa – by “pachnieć swoimi owcami”. I prawdę mówiąc wielu z mieszkańców Prawdyne toczy codzienny bój o krople wody.

Uruchomiło to życzliwość sąsiadów… Dwukrotnie udało się podlać w tym tygodniu kwiaty i siedemdziesiąt świeżo posadzonych tuj… Raz przeciągnąwszy stumetrowy szlang ze studni sąsiada, drugi z beczkowozu (albo beczko-traktora!). Dobro promieniuje!

Tak rozpoczął się wrzesień, nowy rok formacyjny…

Nadto za kilka dni będziemy cieszyć się w końcu długo oczekiwanymi bramami, które zamkną terytorium wokół kościoła, a które z lekarską precyzją spawa p. Leonid – kolejny, życzliwy sąsiad.