Nasi chorzy

Na początku każdego miesiąca w naszej parafii są tradycyjne odwiedziny chorych. W maju wraz z s. Anią udaliśmy się do naszych bolnych w pierwsza sobotę miesiąca. Tym razem poszliśmy pieszo przez wieś (samochód jest jeszcze w naprawie, co przeciąga się nieco), zachowując przewidziane prawem środki ostrożności z racji trwającego stanu epidemiologicznego…

Wędrówka zaczęła się od Leny, której Komunię Święta przynoszę zwykle w każdy piątek. Opiekuje się nią mama, nasza najstarsza aktywna parafianka, p. Hala. Lena od urodzenia jest na wózku w pozycji na wpół leżącej – tu mówią na kolasce. Nie jest w stanie przesiąść się już na tradycyjny wózek inwalidzki wskutek czego zięć p. Hali regularnie remontuje konstrukcję z lat trzydziestych ubiegłego stulecia produkcji niemieckiej, popularną po II wojnie światowej na sowieckiej Ukrainie… Lena, bardzo samotna, zawsze czeka na kogoś, kto przyszedłby do niej choć na chwilkę. Ponad osiemdziesięcioletnia mama “w trosce o bezpieczeństwo” bowiem nie pozwala jej wychodzić z domu. Niestety!

Kolejne odwiedziny u p. Mirosławy, dość obrotnej emerytki; przyjmuje nas od kilku miesięcy – w międzyczasie mimo strachu przyznała się dzieciom z Odessy, że powróciła do korzeni katolickich… Choć to powracanie po wielu latach duchowej pustki nie jest łatwe… U niej zwykle po modlitwie czeka ciasteczko i sok winogronowy własnej roboty…

Pani Janina, pierwszego maja skończyła 89 lat, w zasadzie głucha, przyjmuje kapłana z otwartymi ramionami. Mądra, doświadczona życiem kobieta! Nawet dziś, pamiętając głód na Ukrainie, pomaga potrzebującym sąsiadom, dzieląc się tym, co ma (jak opowiada – dzieci sąsiadów przychodzą i wołają, by babuszka dała jeść i stawia na stole, co akurat jest… jej syn Tolik krzyczy na nią, żeby teraz nikogo nie wpuszczała do domu, bo epidemia… A ona i tak robi swoje!).

Następny był p. Jan, były komunista, który do kościoła na nabożeństwo nie przyjdzie, ale w domu, mimo wieku staje na kolanach na modlitwę. Zawsze nieco ogarnia swoją chatę, kiedy zapowiadamy, że będziemy. Jego żona była katoliczką – jak dawniej przychodził ksiądz, to on wychodził. Po jej śmierci, poprosił, aby dalej go odwiedzać.

Pani Biała… mocno pracą przygarbiona staruszka, dziękująca Bogu za to, co ma i prosząca o siły, by jeszcze móc młodszym pomóc na ogrodzie…. Prosta pobożność, jakiej dziś mało…

Pani Boniszewska… troszkę słabsza ostatnio, niedawno stwierdziła, że teraz nie ma co umierać, bo jest wirus… i nikt nie przyjedzie pochować. Cieszy się, że jej prawnuczkę niedawno ochrzczono w naszej katedrze odeskiej… Kilkanaście lat temu sama przyjęła chrzest…

I na końcu pan Wiktor – który jak może, to stara się ostatkiem sił dotrzeć do kościoła… Schorowany, uzależniony od leków, niegdysiejszy baptysta… Zawsze wszczyna religijne dysputy i trzyma się wszystkimi siłami życia, nie chcąc zaakceptować, że Pan go powoli wzywa….

Chyba pierwszy raz pieszo przeszedłem całe swoje Prawdyne…..