W drodze… O POWROTACH

Więcej czasu ostatnio spędziłem w Polsce niż w parafii na miejscu… Powodów kilka – pierwszy sesja egzaminacyjna – w końcu student prawa kanonicznego ma tez swoje zobowiązania na uczelni w Warszawie. Drugi – między egzaminami pomagałem w tradycyjnej polskiej “kolędzie”. Dla mnie to możliwość jakiegoś zarobku na potrzeby prawdińskiej parafii… Czasem to też okazja do podzielenia się świadectwem swojej wiary, czy pracy “misyjnej”. Dziś zatem będzie parę słów o przemieszczaniu się, czyli inaczej o podróżowaniu… Niektórzy o tym marzą, inni mają zwyczajnie dość.

Przemieszczanie bywa niekiedy trudne. Z powodu drogi. Pod koniec stycznia jazda samochodem na ukraińskich drogach przybiera momentami charakter sportu wyczynowego. Na szczęście było już na tyle ciepło, że drogi nie były już oblodzone, ale jak każdego roku po zimie wychodzą setki dziur, które niekiedy należało z wielką zręcznością omijać. Do tego ukraiński tuman, czyli mgła. Przypominają się filmy grozy, kiedy gdzieś nad bagnami unosiły się opary opadającej mgły…

W lutym wracałem samolotem… Miało być szybko i przyjemnie. Wszystko szło dobrze do pojawienia się na lotnisku w Warszawie. Tam okazało się, że wylot samolotu do Kijowa będzie opóźniony. Na pokładzie litaka Boeing 737 zapewniono nas, że w Kijowie zaczekają na pasażerów przesiadających się do Chersonia i Dniepro… Biegiem odprawa. I guzik! Polecieli bez nas… Zostało pohulaty po Kijowie i nocą przemieścić się autobusem do Chersonia. Rano wyjazd do Mikołajewa na niedzielne zastępstwo i potem msza u siebie…