Pierwszy miesiąc w Prawdino (powrót po dwóch latach)

Konfesjonał
Ta historia rozpoczęła się 23 września w niedzielę… W godzinie „W” na ręce dziekana chersońskiego (jako przedstawiciela biskupa) złożyłem wyznanie wiary i rozpocząłem pracę jako proboszcz w parafii Przemienienia Pańskiego w Prawdino. Tuzin parafian i kilku niespodziewanych gości z gorodu (miasta) było świadkami tych wydarzeń. Zapowiadało się pięknie, atmosfera sielanki udzieliła się tego dnia wszystkim obecnym… Po raz pierwszy dawny Carewo-Dar od czasów stalinowskich represji znów był samodzielną parafią!

Kolejne spotkanie z parafianami nastąpiło tydzień później (w międzyczasie odbyły się doroczne rekolekcje duchowieństwa naszej eparchii, zaś już na sobotę zaprosiła nas św. Teresa, obsypująca deszczem róż). I na żal trzeba było jechać do kraju mego, gdzie „kromkę chleba podnosi się z uszanowaniem”. Dużo spraw – wśród nich wiza, która pozwoli wjechać na Ukrainę z nadzieją, że po właściwej sobie batalii urzędniczej, uda się spędzić tu – pośród stepów – kolejny rok już niemłodego życia (wszak 35! wybiło).

W październikowe, sobotnie popołudnie wróciłem na wieś z myślą, żeby tu zamieszkać. Rozgruzyłem maszynę – czarnego Hyundaia – załadowaną po sam dach… I zaczęło się sprzątanie. To taki czas, kiedy odkrywasz kurze, których nikt od co najmniej dwóch lat przed tobą nie widział; czas, w którym miotła i szmata stają się Twoimi nieodłącznym towarzyszami niedoli… Początkowe warunki dość surowe. Przypomniały się dziecięce wakacje spędzane u babci na wsi, kiedy to pod wieczór ugrzawszy na piecu wodę zażywało się kąpieli w misce wody… z niewielką różnicą, że piec kaflowy został zastąpiony w moim wypadku czajnikiem elektrycznym! I tu myśl tętniąca nieustannie, napastująca głowę, co wszak się stanie, gdy nastąpią braki w dostawie prądu… Jak się ogrzać? Komina tu nie postawimy – mieszkanie wewnątrz kościoła (w doniedawnej zakrystii) suponuje ważkie ograniczenia. Piec, buchający ciepłem, staje się marzeniem, które można przenieść najwyżej w kategorię: in vacuo. Zostaje radiator, wysuszający powietrze… Zacząłem o owych nadzwyczajnych umowach życia pisać – zatem woda – dobrze, że jest… Kiedy tu dwa i pół roku temu prowadziłem prace remontowe – i jej nie było – łaska sąsiada pozwalała natoczyć nieco wody dla podtrzymywania prac… Łózko – potrzeba snu dotąd nie została wyeleminowana z ludzkiego doświadczenia – na początku był to materac. Druga noc – na dwóch materacach – z nadzieją, że lepiej odizoluje od ziemi. Kolejne noce – to materac położony na stelażu zbudowanym z dwóch, potem zaś trzech ławeczek. Takie same stoją w kościele – metalowa konstrukcja z drewnianym siedziskiem, bez oparcia… I wreszcie punkt trzeci. Drzwi. Można powiedzieć, że ich jeszcze na dobrą sprawę nie mam. Są drewniane wrota ze szparami, przez które niczym przez judasza możesz podejrzeć, kto weń łomoce, zamykane na kłódkę… Obudziłem się pewnego ranka i jak zwykle skierowałem swoje kroki ku łazience (już teraz z ciepłą wodą), by oczy przemyć. Ku mojemu zdumieniu, owe wrota, które poprzedniej nocy zamknąłem na kłódkę, zawieszoną na metalowych obrączkach, przymocowanych zagiętymi gwoździ do deski na wskroś wbitymi, były otwarte. Zaspana myśl, szybko otrzeźwiała i poczęła analizować, kto otworzył drzwi… Złodzieja nie było, a jedynie wiatr świstał na przedpolu mojego mieszkania. On nadął się mocniej i odgiął tak pieczołowicie przeze mnie montowany zamek z gwoździ. Więc co prędzej – młotek i już drzwi wzmocnione, nadto dodałem zasuwę z wiertła rozmiaru pręta stalowego. Choć i tu Pan (mieszkający w łagodnym powiewie wiatru) próbował – bo po laudesach – operację po wtóre trzeba było jeszcze wykonać.

Człowiekowi wydaje się, że coś powinien robić. W swojej wiosce, odłączony od „globalnej wioski” Internetu zaczyna szukać zajęć… I tak stało się zwyczajem - rankowa zarjadka z łopatą jako zajęcia sportowe. Przerzucasz ziemię zmieszoną z gliną i gruzem z jednego miejsca na drugie, próbując udowodnić sobie, że owe niwelowanie terenu przyniesie efekt estetyczny. Myślisz, że stajesz się znakiem, choć wiesz, że prościej byłoby poprosić o ciężki sprzęt… Ale tak zawsze ktoś, kto nieopodal ulicą przechodzi, zagada, rzuci dobrą radę… Więc jestem wdzięczny. Wiatr smaga policzki, ręce omdlewają…

Inna robota – walka z muchami. Różowa (męska) łapka – podarunek od Sióstr – czeka w gotowości. To walka na śmierć. Ofiar jest wiele, a sztuką staje się upolowanie jednym zamachem kilku sztuk. Swoiste igrzyska w ostatnich dniach nieco zelżały. Zastanawiam się, czy pod koniec października much już mniej, czy ja powoli przywykłem do ich brzęczącej obecności. Owe owady są w gruncie rzeczy znakiem poważniejszego problemu – wypasania krów przy murach świątyni. Konflikt z sąsiadami jest nieunikniony, a budowa zaboru konieczna.

Czytelniku, wybacz moją wulgarność, ale kolejna praca (na szczęście już zakończona) może być określona tylko mianem „gównianej” roboty. Myślę o porządkowaniu chóru i przyszłego miejsca, wybitego w jego głębi, które ma stanowić moje przyszłe miejsce przeżywania. Przez szparę w dachu zalatywały tam gołębie i przez dłuższy czas uczyniły z tego miejsca swoje zamieszkanie. Zatem zgromadzone tam materiały budowlane, narzędzia i inne rupiecie stały się przestrzenią przez nie bezustannie bombardowaną. Porządkowanie tego miejsca stało się nie lada wyzwaniem… Pierwe jednak, udało się namierzyć szczelinę, która stała się źródłem tego nieszczęścia… Nie mając odpowiednio wysokiej drabiny, zająłem się akrobatyką i udało się prowizorycznie zapchać tą dziurę kolejno workami foliowymi, potem zaś płytą styropianową, którą podparłem kawałkiem deski… Odtąd gołębi w kościele nie widziałem. Dawniej, budując chramy, w wieżach zostawiało się zamurowane miejsce dla gołębi – owe ptaki bowiem stały się symbolem działającego Ducha Świętego. Zastanawiam się, czy i w moim kościele nie zechciałem zamieszkać w „gołębniku”. Bowiem dwa lata temu, aby otworzyć tą przestrzeń, dzielni budowniczy przebijali się przez metrową ścianę z krymskiego kamienia.

Przedstawiwszy powierzchownie owe zajęcia, nazwijmy domowe, czas krótko pokazać duszpasterskie roboty w powierzonej parafii. Praktykujących katolików mamy nieco ponad dziesiątkę i ta trzódka gromadzi się w godzinie miłosierdzia na niedzielnej, uroczystej Służbie Bożej. W inne dni ktoś zawsze był. Tak mogę powiedzieć, że sam przy ołtarzu dotąd nie byłem! Na miejscowe warunki, to już dużo. Słowo Boże jest zatem głoszone, a czwórka dzieci jest w każdą środę katechizowana. Nadto odwiedza się czwórkę chorych – jedni faktycznie nie mogą dotrzeć do Kościoła, inni cierpią na cięższą chorobę „ducha” – bo choć w domu wierzą, to jednak jakieś poczucie wstydu udziału w czasach minionych nie pozwala im przekroczyć progu naszej świątyni. Przeglądając przestarzałą już kartotekę parafialną należy pójść na cmentarz i tam szukać grobów parafian… W przyszłym tygodniu Dzień Zaduszny – pójdziemy zatem w procesji pomiędzy mogiłkami tych, którzy tworzyli kiedyś i ostatnio katolicką społeczność parafia Bożego Ciała (do wojny) a teraz Przemienienia Pańskiego w Prawdino.