O nadziei (Uralskie)

W ostatnią niedzielę na prośbę dojeżdżających do Wozniesieńska parafian pojechałem odprawić mszę świętą do ich rodzinnego domu…

W każdą niedzielę jeżdżą po dziurawej drodze (omijając “jamy”) 60 km do kościoła; kiedyś robili setkę, aby dotrzeć do Mikołajowa (z powodu kosztów nie byli w stanie być tam co tydzień)… W sumie dwie rodziny… Czemu? W Bogu pokładają nadzieję… 

Matka opowiada o tym jak wiele wybłagała u Boga… Przyszła do Kościoła pewnie z kilkanaście lat temu, pracowała wówczas u siebie na wsi, w Uralsku, w klubie… Coś ją ciągnęło. Przyjechali kiedyś baptyści z filmem o Jezusie, zorganizowała możliwość wyświetlenia go – potem oberwała za to od przełożonych – cała wieś przyszła… Przyjechał pastor, dwa tygodnie pożył “między nimi”, ludzie zaczęli odchodzić… A ona wciąż stawiała pytania… a na każde była odpowiedź w Piśmie Świętym…

To doświadczenie pogłębiło jej więź z Kościołem, z katolikami, których już wtedy znała… Pociągnęła za sobą męża… Wspomina o. Ryszarda i Siostry z Mikołajewa przyjeżdżające do nich na wieś… kilkanaścioro dzieci kręcących się wokół Sióstr… Potem już ich nie było, matek tulujących dzieci; wszystko się powoli kończyło… Nikt już nie mówił o projekcie kapliczki, która miała stanąć na ich ziemi… Potem otwarto kapliczkę w Wozniesieńsku – to skróciło odległość do Kościoła… Mogą być niemal każdego tygodnia… Została ona z rodziną i druga z miasteczka rejonowego centrum, oddalonego 11 km… Ale nadzieja pozostała…

Msza, w sumie dla 7 osób, rozpoczęła się w niedzielę ok. 18.30… czytania, śpiew, kazanie, wspólna modlitwa… Potem kolacja i wspomnienia… I nadzieja…